taka blada, taka zimna.

drogę do Crestville dziewczynka nie odezwała się ani słowem.
obdarzyła mnie wzrostem i urodą, a jest to kombinacja,
- Tak - odparła z uśmiechem. - Oglądałyśmy go wczoraj z Eriką, a
- Można mnie nazwać hulaką, ale nie potworem - sko¬mentował te słowa Lysander.
Matka nie zaprzeczyła, nie uczyniła żadnego gestu. Wpatrywała się tylko w córkę, poruszając bezdźwięcznie ustami, jak schwytana w potrzask.
Za dnia to miejsce roiło się od ludzi, było wypełnione śmiechem i gwarem rozmów i przynajmniej wydawało się przyzwoite. Wieczorem sytuacja się zmieniła. Plac, gdzie po południu niezliczone tłumy oglądały zawody dla dzieci i konkurs wspinania na słup, stał teraz nieco opustoszały, tylko pośrodku pląsali ze śmiechem amatorzy nocnych tańców. Z zarośli dochodziły piski i szamotanina licznych par. Obdarty skrzypek w postrzępionym kubraku z trójkątnym kapeluszem na głowie grał z zapałem skoczne melodie. Na beczce obok niego stał kufel piwa. Wiszące na drzewach stare rogowe pochodnie rzucały na trawę nierówne cienie, sprawiając wrażenie, że oto wśród tań¬czących zjawił się sam diabeł i udając grajka przygrywa im do tańca.
- Przepraszam, Alli, paskudnie się zachowałam. I bezmyślnie, zwłaszcza Ŝe
Nita zmruŜyła oczy.
o tym doprowadzało ją do łez. Musiała wyjść z kuchni,
- Nie chciałem. Nie planowałem tego - zniżył głos. - Po prostu... stało się.
- Dość.
Lysander odsunął tę sprawę na bok. Nadal nie dowierzał jej opowieściom, a poza tym miał zbyt wiele pracy, by się przejmować czymś jeszcze. Jednak piątkowe wydarzenia spowodowały, że zmienił zdanie.
- Wracajcie do domu obie - odezwał się w końcu, machnąwszy strzelbą. - Zobaczymy, co powie na to ciotka.
- NajwaŜniejsze jest to, Ŝeby pokój dziecinny wzrastał razem z dzieckiem,

włączył do ruchu.

- Włożył ręce do kieszeni i zaczął kiwać się na obcasach. - Jak już mówiłem, wyznasz całą prawdę o sobie, opowiesz o własnym zakłamaniu i wyrazisz skruchę z powodu wyparcia się własnej matki.
Oniemiała. Przez chwilę słowa nie mogła wykrztusić. Tysiąc dolarów!
bogaci ranczerzy spotykają się późnym wieczorem parę razy w tygodniu, piją drinki,

- Bardzo przepraszam, doktorze, że pana zawiodłam - wyszeptała.

– Wydaje mi się, że chodzi o coś więcej, choć osobiście nigdy się tym nie interesowałam.
– Do widzenia, pani White.
Po drugiej stronie zapanowało przez chwilę niezręczne milczenie, Reedowi wydawało się, że słyszy trzask zapalniczki, a potem gwałtowny wydech. - Czy nie żyje? Do diabła, to jest pytanie. Mam nadzieję, że żyje. Szukam odpowiedzi. - Zanim Reed zdążył zadać kolejne pytanie, Montoya dodał: - Jestem osobiście zainteresowany tą sprawą. Każda pomoc z pańskiej strony będzie mile widziana. Brzmiało to szczerze. - Nie ma sprawy. Chociaż nie wiem, w czym mogę być pomocny. - Po prostu niech pan mnie informuje na bieżąco. Wyślę zdjęcie, jej dane i najważniejsze informacje. - W porządku. Podam panu numer faksu. - Już go mam. Dzięki. Dziękuję panu - powiedział Montoya. Reed odłożył słuchawkę. Jaki związek może mieć zniknięcie Marty Vasquez z morderstwem Josha Bandeaux? Przypadek czy kolejny trop? Zrobił notatkę i usłyszał zbliżające się znajome kroki. Morrisette. Spieszyła się. Sekundę później wpadła do pokoju. - Zgadnij, co się stało? - wypaliła, sadowiąc swój drobny tyłeczek na biurku. - Nie mam pojęcia. - Ej, nie umiesz się bawić. - Już to słyszałem. Wiele razy. - Znów pisząc naszej ulubionej rodzince. - Oczy Morrisette błysnęły. Naprawdę była podekscytowana. Za to Reed poczuł ucisk w żołądku. - Montgomery? - I kto śmiał przypuszczać, że nie jesteś superdetektywem? - Na przykład ty. Uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając zęby. - Jeśli chodzi o wczorajszy wypadek Amandy Drummond, to już o nim słyszałem i nawet rozmawiałem z nią w szpitalu. Twierdzi, że ktoś próbował ją zabić. Właśnie miałem do ciebie dzwonić i zapytać, czy chcesz jechać ze mną. Trzeba spisać jej zeznania. - Cholera, powinnam była się domyślić, że już o wszystkim wiesz - powiedziała trochę zawiedziona. - Jasne, jadę, nie chciałabym przegapić tej rozmowy. Zadzwonił telefon i Reed przełączył rozmowę na głośnik. - Reed, słucham? - Jest kilka faksów do pana - powiedziała sekretarka. - Zaraz je odbiorę. - Właśnie się rozłączał, gdy zobaczył Amandę Drummond pędzącą jak burza prosto do jego pokoju. - Wygląda na to, że przeprowadzimy tę rozmowę tutaj - powiedział szeptem, gdy Amanda wparowała przez otwarte drzwi. - Powiedział pan, że będzie potrzebne zeznanie - powiedziała, nie witając się - więc pomyślałam, że załatwię to formalnie. Pewnie powinnam rozmawiać z tym gburowatym zastępcą szeryfa, ale wydawało mi się wczoraj w szpitalu, że dostrzega pan jakieś powiązania między śmiercią Josha a moim wypadkiem. Dlatego postanowiłam spotkać się z panem. - W porządku. To moja partnerka. Detektyw Morrisette. Zostanie z nami. Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, będę nagrywał pani zeznania. - Sięgnął do szuflady po dyktafon i zauważył, że Morrisette wyciągnęła z kieszeni mały notatnik i długopis.

- Ja o tym wiem i ty o tym wiesz...

całym kraju zostało ich już pewnie tyle, co kot napłakał, a do ciebie ktoś dzwoni z jednej z
– Czy biegaczka? – Serce Bentza zaczęło bić szybciej. Najchętniej wytrząsnąłby
śmierć O1ivii.